"Jesteśmy coraz bliżej 12 Dystryktu."

 Recenzja Igrzysk Śmierci Suzanne Collins. Nawet, nie wiecie, jak bardzo się cieszyłam, kiedy skończyłam tę książkę. Czytałam ją podczas Nocy Czytania, organizowanej z 30 października na 1 listopada, i przez miesiąc nie miałam czasu jej skończyć. Udało mi się to dopiero w grudniu. Naprawdę nie polecam wydania, w którym cała trylogia to jedna pozycja. Owszem, jest śliczna. Swoją drogą, jest zaskakująco lekka, jak na trzy tomy w jednym. Co nie zmienia faktu, że jest to strasznie nie poręczny egzemplarz. Trudno się ułożyć tak, by było wygodnie i żeby można było czytać. Choć zaletą jest to, że płacząc na ostatnich stronach mogłam bez przerwy płakać i zacząć kolejną część, gdzie zaczęłam jeszcze bardziej ryczeć. To tyle, jeśli chodzi o samo wydanie, a dalej wszystko, co myślę o książce.
 Trzeba dużo mówić o tej książce? Historia rozgrywa się w Panem, dawnej Ameryce, podzielonej na 12 (kiedyś 13) Dystryktów. Katniss Everdeen mieszka w najbiedniejszym, 12, Dystrykcie. Jest kłusowniczką jeszcze bardziej nielegalną, niż w naszym, prawdziwym świecie. Nadchodzi czas wyboru Trybutów na Głodowe Igrzyska. Są to igrzyska organizowane przez władze Kapitolu - miasta najbogatszego i najokropniejszego - by przypomnieć ludziom, że władzom nic nie zagraża i że nie mogą zrobić kolejnych powstań. Z każdego Dystryktu na arenę musi się udać dwoje Trybutów - chłopak i dziewczyna w wieku od 12 do 18 lat. Kiedy zostaje wybrana mała Prim, Katniss nie może się z tym pogodzić i zgłasza się na ochotnika, żeby uchronić nic nie wiedzącą o przetrwaniu, bezbronną siostrzyczkę. Okazuje się, że drugim wybranym jest Peeta Mellark, z którym nasza bohaterka zetknęła się już wcześniej i wobec niego niespłacony dług, a on
silne, długo skrywane uczucie.
 Nie powiem, ze książka była dla mnie zaskoczeniem. Słyszałam o niej wiele, bo gigantyczny szał na tę serię ogarnął wszystkich... oprócz mnie. Nie mając wyboru (nie pytajcie), obejrzałam wcześniej film. Co prawda oglądałam bardzo dziwacznie i połowy nie pamiętam, więc nie nabawiłam się tak dużo spoilerów.
 Świat, który stworzyła Collins jest czymś przebojowym. Innym, niż wszystko. Ruiny Ameryki. Cała struktura Panem. Igrzyska. Snow. Wszystko. Naprawdę udało jej stworzyć coś, na czym bazuje wiele innych osób. Igrzyska Śmierci w świecie książkowym to jak Gwiezdne Wojny w filmie. (Na to porównanie wpadłam po obejrzeniu tego filmiku, mam fazę na Ichaboda).
 A teraz przyszedł czas na dwóch głównych bohaterów. Muszę przyznać, że nie od razu zakochałam się w Peecie - trochę mi to zajęło. O ile się nie mylę, nastąpiło to dopiero pod koniec książki. Jednak muszę powiedzieć, że Katniss według mnie jest całkiem nieźle stworzoną postacią. Jest silna, psychicznie i fizycznie. Strzela z łuku, w dodatku bardzo celnie, a wiem z własnego doświadczenia, że nawet stojąc nieruchomo po dwóch tygodniach ćwiczeń z odległości kilku metrów, trudno trafić w dziesiątkę. Bardzo ją lubię. Podoba mi się też to, ze nie jest święta. Ma swoje upadki i to nawet moralne. Nie jest do końca dobra, ale i nie jest zła. I to mnie zwyczajnie cieszy.
 Jeśli chodzi o całość książki to serdecznie polecam jej przeczytanie. Według mojego rankingu jest drugą najlepszą z tej trylogii. Collins pokazała nam, co może się stać, jeśli stracimy człowieczeństwo. A raczej... początek tego. Książka szokuje i zachwyca, jest kochana i znienawidzona, sprawia, że płaczemy i śmiejemy się.
 Zakładam, że już czytałeś tę powieść, jeśli tak to podziel się swoim wrażeniem. Jeśli jeszcze nie zabrałeś się za nią... Zrób to. Nie bazuj na filmie - przeczytaj, bo warto.
 Do przeczytania, do napisania.

Previous
Next Post »

1 komentarze:

Write komentarze
Silver Moon
AUTHOR
9 marca 2016 20:17 delete

Uwielbiam całą trylogię i zawsze każdemu ją polecam <3
Buziaki,
SilverMoon z bloga Books obsession

Reply
avatar