Miłość znienawidzona

 Dzisiaj jest ten cudowny dzień w roku. Walentynki. Dzień okazywania miłości, szczęścia i ukłon w stronę wszystkich par. Ale także dzień, w którym wszystkich singli trafia szlag. W tej grupie znajduję się ja, nawet gdybym nie była sama. Nie lubię tego święta czy jestem sama, czy nie. Postanowiłam jednak zacząć je obchodzić w takiej skromnej postaci nowej notki z rankingiem najbardziej nielubianych przeze mnie par, pojawiających się zarówno w pop- jak i zwykłej kulturze.
Źródło. Myślę, że ten oto ekspert będzie idealnym wprowadzeniem do najlepszego rankingu ever.

 Myślę, że zacznę od pary kultowej, która mnie irytuje jak nie wiem, a jest nią Romeo i Julia. Możecie powiedzieć, że to jest wzór i ikona pary. Ktoś tak twierdzi? A proszę bardzo! Jak dla mnie Romeo jest niestabilny emocjonalnie. Jednego dnia płacze i umiera z tęsknoty za Rozalinie, ale koleżki go wyciągają na imprezę i bum! Rozalina idzie w niepamięć, jest gotowy się zabić dla Julii. I na śmierć się naraża, przychodząc  pod jej balkon, kiedy już Julia wie, że jest z rodu Montekich. Julia natomiast nie jest lepsza. Córeczka mamusi i tatusia, do jasnej ciasnej. “Tak, mamo, wyjdę za Parysa”. A potem biegnie do ojca Laurentego po buteleczkę, wynika największe nieporozumienia świata i ginie mnóstwo osób. Jeej, Szekspir! Anyway, nie dość, że osobno ich nie lubię, to razem też są mało znośni. Przesłodzone dialogi, pewnie, są takie momenty, w których i mi się łezka w oku zakręciła, ale oni nawet się nie znają. Dlatego znaleźli się w tym zestawieniu, a gdyby był to prawilny ranking, wylądowaliby na pierwszym miejscu.

Źródło. No widzicie? Julia wie, że to złe. I po co komu to było? Żeby się zabić?
 Kolejną, ale już mniej znaną parę są... John Young i Cara z The Tomorrow People! Serial brutalnie skasowany po jednym sezonie z łamiącym serce cliff hangerem. Czy aby na pewno napisałam to dobrze? Anyway. Cara okłamuje Johna. Oboje są dla siebie nieczuli, ja w ogóle nie wiem, jakim cudem oni byli razem. Tak jak jego ubóstwiam jako postać, tak Cara mnie trochę denerwowała. Wiecznie niezdecydowana, jak kobieta na okresie, ale przez całe życie. Nie lubiłam momentów, kiedy zostawali sami. John o wiele bardziej pasował mi do Astrid, byłam szczęśliwa, że byli razem przez ten krótki moment. A Cara... No nie wiem, nawet ze Stephenem tak meeeh. Ale już bardziej. Bo ona ze Stephenem to jedna z tych par, kiedy oglądasz coś przez pierwsze dwie minuty i masz takie: Oni będą razem. Na sto procent!. Dlatego od razu się wie, że para Cara i John prędzej czy później się rozpadną, ale patrzenie na nich - nie. Po prostu nie.
Źródło.  Nie ma to ja buziak po tym, jak prawie zabiło się swoją drugą połówkę w trakcie treningu. Jej!

 Trzecią parą, o której nie mogłabym nie wspomnieć, jest związek, który nigdy się nie rozpadnie i który miał być tak idealny, że znam bardzo mało osób, które go nie lubią. Uwaga, uwaga, przedstawiam Ci Annabeth i Percy'ego z serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy oraz Olimpijscy Herosi autorstwa Ricka Riordana. Kocham obie te postaci. Naprawdę, całym serduszkiem. Annabeth to idealny przykład inteligentnej, samodzielnej dziewczyny, która nie potrzebuje nikogo ani niczego do szczęścia. Percy to ten młody, uroczy chłopak, którego poznaliśmy w Złodzieju Pioruna, inteligentny, przyjacielski, ale także taki zabawny i niedojrzały... Pierwsi zakochani, których lubię, ale osobno. Razem już nie są tacy uroczy. Pewnie na początku chciałam, żeby byli razem, ale później już niezbyt. Percy powinien być z Rachel, a Annabeth z Luke'iem. Tak, wiem, że jest zły, ale I don't care. Nie wiem czemu, ale chociażby ich wątki w Domie Hadesa były zwyczajnie męczące. Mogło się tak stać przez to, że Rick uczynił z nich idealny związek. Może. Ale nie lubię ich i tak. Przepraszam.
Źródło. Czasami mam wrażenie, że oni sami mają dość tej swojej perfekcji.

 Skoro już jesteśmy przy Ricku i Olimpijskich Herosach, grzechem byłoby nie wspomnieć o Leo i Kalipso. Zacznę od tego, że nie lubię Kalipso. Obraża się na wszystkich, jest kapryśna I TO NIE BYŁA WINA PERCY'EGO, ŻE GRECCY BOGOWIE TO C___E. Przepraszam. A Leo powinien być sam. Nieważne jak cudowną będzie miał partnerkę, to jest postać, która powinna zostać sama. Zabawny chłopak, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci, jako ten bohater, który chciał odbić wszystkie adoratorki Narcyza. Ach, to były czasy... A nie, Kalipso jakaś. Autor nie miał okazji dobrze przedstawić czytelnikom tej pary, może (uwaga spoiler dla tych, co nie czytali Apolla...) teraz, kiedy Kalipso nie jest już boginią będzie lepiej, ale nadal nie jestem do tego przekonana. Nie lubię tej pary i to nie dlatego, że nie lubię córki tytana. a Leo uwielbiam, To zwyczajnie urodzony singiel. I tyle.
Źródło. Ble, ble, ble, ble, ble, ble, ble...

 Kolejna para dosyć oklepana. Igrzyska Śmierci. Niektórzy wolą Peetę, inni Gale'a. A ja? Nie wolę nikogo. Jak dla mnie obaj mają swoje plusy i minusy. Wiem za to coś innego. Nie lubię Katniss i Peety. Biegają w kółko w błędnym kole. Jedno chce drugiego, ale nie drugie pierwszego już nie. Nawet na koniec Peeta nie jest do końca sobą i nie wydaje mi się, że byli całkowicie szczęśliwi ze sobą. Na początku ten związek był sztuczny, a ja nie lubię udawanych uczuć i tej pary. No nic nie zrobicie. Nie wolałabym, żeby Katniss była z Gale'm. Bo to też by było złe. Tak proszę państwa, jestem #TeamNoone. Nie bardzo wiem, co jeszcze o nich napisać, bo już wcześniej zastanawiając się nad tym wpisem, nie znajdowałam żadnych logicznych argumentów przemawiającym za moją niechęcią do tego związku. Zwyczajnie, subiektywnie ich nie lubię. I tyle. Koniec, kropka. Kolejny akapit, lecimy.
Źródło. Pocałunek na pokaz, jak cały ich związek.

 Serial tak ikoniczny, że często pomijany. Naprawdę, czasami mam takie wrażenie. Mało jest osób, które odcinek po odcinku śledziły historię Przyjaciół. O tak, najlepszy sitcom wszech czasów. Jakiej pary z niej nie lubię? Otóż, dam, dam, dam..! Ross i Emily. W zasadzie to mało jest osób, które kibicowały temu związkowi. Nawet w samym serialu. Ot, o jedno niepotrzebne małżeństwo za dużo. To. Nie. Miało. Prawa. Bytu. Nie dość, że byli za daleko od siebie, to do tego zbyt różni. Ona już z początku nie była do tego przekonana, potwierdza to tylko fakt, że zaraz po rozwodzie wzięła kolejny ślub. Nawet nie wspominam już o tym, jak traktowała Rossa, jakie miała wymagania. Bo to nie powinno być dopuszczone pod żadnym, ale to żadnym pozorem. Tym bardziej w małżeństwie, gdzie, wspominając szlachetne słowa Joey'a, chodzi o to żeby dawać i brać, mieć i dzielić się...
Źródło. Ja naprawdę nie wiem, dlaczego to się w ogóle wydarzyło.

 Siódmą parą na naszym jakże uroczym i pełnym subiektywnych, nieuzasadnionych opinii jest Nancy i Steve z hitu ostatniego roku - Stranger Things. Tutaj mam powody. Steve to emocjonalne dziecko w dodatku totalny dupek, który potrzebuje się oparzyć, żeby wiedzieć, co jest gorące, a co nie. Nancy za to jest rozsądna i pod jego wpływem zmienia się na gorsze, zachowuje się jak nie ona, co bardzo trafnie pokazuje jej Barb. Nie spędzają ze sobą dużo czasu, on praktycznie nic nie wie o swojej dziewczynie. To nie z nim szukała swojej przyjaciółki, to nie on wspierał ją, kiedy ta najbardziej tego potrzebowała. Nie, on uprzykrzał jej życie, rzucając bezpodstawne oskarżenia. Wniosek? Nancy powinna być z Johnatanem i koniec, taka jest prawda. Niestety wiemy, że to się nie zdarzy, a szkoda. Choć głosy fanów w tej sprawie są dosyć jednoznaczne. Za każdym razem, jak była choćby wzmianka o Stevie, to źle się czułam. Zrobił okropne rzeczy i pewnie, żałuje, ale niektórych rzeczy się nie da się cofnąć. Zmienił się, ale niesmak pozostał. Mam nadzieję, że mój preferowany związek jest nieunikniony. A Steve niech się idzie puszczać gdzie indziej, nie potrzebujemy go.
Źródło. Ona jest taka delikatna, taka niepewna tego wszystkiego... A on to taki dupek.

 Teraz chciałabym przedstawić miłość z mojej, niedawno odkrytej miłości, którą jest Glee. Dużo osób twierdzi, że jeszcze ją polubię, przekonam się... Ale Quinn, szczególnie w parze z Finnem, jest po prostu niemożliwie upierdliwa. Pewnie, umie śpiewać, potrafi zrobić coś dobrego. Próbowała się zmienić, ale nie wyjdzie jej to. Zawsze będzie tą samą popularną dziewczyną, która kablowała na chór i zdradziła swojego chłopaka. A Finn? Ponownie mamy do czynienia z takim trochę emocjonalnym dzieckiem. Nie do końca wie, czego chce ani co czuje. Często działa pod presją otoczenia i dopiero uczy się żyć w zgodzie z samym sobą. To gdzie tu związek, panie... Nie dość, że oboje powinni najpierw zająć się sobą, to nie pasują do siebie kompletnie. Zdecydowanie wolę Quinn z Samem i Finna z Rachel, mimo że też nie są idealni.
Źródło. No po prostu nie. Nie i koniec. Kto na to pozwolił? Na ich powrót do siebie? AAAAA...

 Jest również taka komedia romantyczna, która ukazuje istotę bycia samotną kobietą. Dźwięki All by myself, czekolada i udawane koncerty przed lustrem w piżamie. O tak. Dziennik Bridget Jones. Mimo tego, że sama historia ma ukazywać właśnie singielkę, to nasza bohaterka po jakimś czasie wchodzi w związek i to tak okropny, że grzechem byłoby go tutaj nie ująć. Myślę, że każdy fan filmu już wie, o kim piszę. Bridget Jones i Daniel Cleaver. Co mi nie pasuje w tej parze... Może to, że Daniel traktuje kobiety przedmiotowo? Jest z Bridget, w zasadzie, nie wiadomo czemu? Wykorzystuje ją, poniża i rani? Ona ma już swojego księcia z bajki, ale jeszcze o tym nie wie, choć wszyscy zdają sobie z tego sprawę od pierwszych minut seansu.
Źródło. No i prawda. Idź sobie. Won, papa.

 Kolejny akapit będzie dotyczył niedawnej premiery, czyli filmu La La Land. Więc jeśli jeszcze go nie widziałeś, bo na pewno jest wiele takich osób, to przejdź do kolejnego akapitu. Jednak jeśli już jesteś po seansie... Myślę, że wiesz, co tutaj napiszę. To nie tak miało być! Ale chyba to jest cała magia tego filmu, prawda? Że nie wszystko skończyło się tak, jak powinno... To małżeństwo Mii z kimś innym tylko pokazuje nam, że nasze marzenia nie zawsze się kończą tak, jak byśmy tego chcieli, a żeby się ziściły, każą nam podążać ścieżkami bardzo krętymi. Ale jeśli chodzi o małżeństwo głównej bohaterki filmu... Powiem tylko tyle - City of stars, there's so much that I can't see. Who knows? Is this the start of something wonderful and new? Or one more dream that I cannot make true?
Źródło. Jej oczy mówią: I'm always gonna love you.
 Dochodzimy do momentu, w którym zaczynają się te pary, o których mogę dosyć dużo napisać, więc jeśli myślałeś, że tamte akapity były długie... He. He he. Nie mogłam w tym zestawieniu nie ująć jakiegoś związku z mojego ulubionego serialu - Doctora Who. Wytypowanymi przeze mnie zakochanymi są Rose Tyler i Mickey Smith. Wszyscy wiemy, że Rose od początku kochała Doctora. To było nieuniknione i pewne. BBC udostępniło dzisiaj taką ładną walentynkę z napisem: "I love you, but I'll leave you for the first time-travelling alien that comes along. A Mickey... No cóż. Potrzebował chyba niezłego ogarnięcia się po prostu. Bo przez pierwsze serie jedyne co robi to płacze, jest przerażony albo prosi Rose, żeby coś zrobiła. Ooo tak, wsparcie jakiego ona na pewno potrzebowała. Koniec końców przecież i tak okazuje się, że są szczęśliwsi osobno. A Mickey znajduje sobie inną dziewczynę, co wszystkich zaskakuje. Jednak mimo to czekaliśmy na to za długo i po pewnej ilości odcinków, stali się zwyczajnie irytujący i sprawili, że współczułam tej biednej dziewczynie.
Źródło. O właśnie, uroczo, czyż nie?

 Przed chwilą stwierdziłam, że będzie dłużej... Uwaga, nie dotyczyło to tego akapitu. Nie wiem nawet, czy relacja jaką będę teraz opisywać, to w zasadzie para. Trudno nazwać to w jakiś sposób, bo niby się tylko przyjaźnili, ale nie do końca... Mowa tutaj o znakomitej serii Jamesa Dashera, Więźniu Labiryntu i Thomasie z Teresą. Tak jak już wspomniałam, nie można o nich w zasadzie mówić jako o zakochanych, aczkolwiek tam się takie rzeczy działy, że ja w pewnym momencie przestałam ogarniać tę ich relację. Uznałam jednak koniec końców, że jakaś para to w końcu jest. A nie lubiłam ich i to bardzo. Razem, oczywiście. Teresa irytowała mnie od samego jej przybycia do Labiryntu. No i Strefa Zagłady czy nie, jej zachowanie było ygh.
Źródło. No i tak powinno zostać - nieufne spojrzenie i strach. A nie jakaś telepatia...

 Teraz chyba moja ulubiona znienawidzona para. W sensie... Ja nawet nie mam do siebie żalu, że ich nie lubię. Są tak beznadziejni. Mowa tutaj o Niezgodnej Veronici Roth. A konkretniej o Tris i Tobiasie. Matko, naprawdę nie da się chyba stworzyć straszniejszej pary. Cała ich relacja polega na tym, że się kłócą, są nieszczęśliwi, potem się spotykają, jedno okłamuje drugiego i znowu od nowa. Nie widzę dla nich kompletnie nic wartościowego w tym wszystkim. Może się znaleźć ktoś, kto mi zarzuci, że z kolei przy Percym i Annabeth czepiałam się ich cukierkowości. Pewnie, bo potrzebna jest mieszanka tego i tego. Związek Tris i Tobiasa polega na... no właśnie. Czym tak w zasadzie? Bo oni nie są ze sobą ani trochę szczerzy, nie rozmawiają ze sobą przez większość czasu. Może i się kochali, nie mówię "nie", ale ile można?! Ich wątek jest nieciekawy, męczący i, uwaga spoiler, dobrze, że Tris umarła
Źródło. Zaczynam mieć dość tych pocałunków. Nie tylko ichnich w książce, ale gifów w tej notce.

 Kolejna para... to związek, który tak bardzo nie posiada jakiejkolwiek chemii, że trudno to ich nawet nazwać zakochanymi. Powitajmy Padme i Anakina z pierwszych trzech epizodów Gwiezdnych Wojen. Hmm. Co ja mam o nich napisać? Zero uczucia i tyle. Są papierowi i nieciekawi. I to tyle.
 Ostatni akapit to najbardziej znienawidzony przeze mnie singiel. Stevenie Moffacie. Idź się zabić i nie zabijaj już więcej moich ulubionych postaci. Ani nie wymyślaj Płaczących Aniołów. Hate ya 4 that.
Źródło. Wowow, tyle uczucia. Tyle miłości. Tyle cierpienia, o nie, o nie...

 Więc podsumowując... Jest wiele par, których nie lubię. Zakładam, że przez najbliższy rok nazbiera się kilka kolejnych, inne mi się przypomną, a ostatnie powrócą, ponieważ wiele przegrało z takimi zacnymi pozycjami jak Kattnis i Peeta czy Romeo i Julia. Jakich Ty par najbardziej nie lubisz? A może nie zgadzasz się z moimi wyborami? 
 Życzę wszystkim moich czytelników miłego wieczoru tego komercyjnego i nielubianego przeze mnie święta. Pamiętajcie, że miłość powinniśmy okazywać na co dzień. I że nie jesteśmy samotni tylko w Walentynki. I że jak już chcemy komuś dać kosza, to poczekajmy kilka dni i zjedzmy czekoladki od tej osoby. Działa, uwierzcie.
 Do napisania, do przeczytania. Kocham Was mocno.
 
Zgubiłam link facebookowy, skąd zgarnęłam tę walentynkę. Ale to nie umniejsza tego, jak bardzo lubię pisać tego bloga
i jak bardzo Wy, moi czytelnicy, mi umilacie te szare dni. Do kiedyś.
Previous
Next Post »

1 komentarze:

Write komentarze
15 lutego 2017 19:37 delete

http://www.pangrodzki.pl - blog artysty, pisarza

Zobacz moją nową książkę science-fiction i muzykę elektroniczną oraz obrazy olejne na płótnie.

Reply
avatar